Sylwetki Ambasadorów


Ryszard Leoszewski


 

- Ryszard Leoszewski to dla większości z nas Arfik łamane przez Sklep z Ptasimi Piórami. Ale przecież coś było wcześniej...

- Musielibyśmy cofnąć się do czasów podstawówki. To był niesamowity okres - bardzo szczęśliwy i bardzo twórczy. Uświadomiłem to sobie po wielu latach. Nasze podwórko przy Mickiewicza 157 - 159 (taki fajny róg między Janickiego i Brzozowskiego) obfitował w rówieśników. Było dosyć dużo chłopców, kilka dziewcząt. I co roku mieliśmy inne pomysły na spędzanie wolnego czasu. Pamiętam rok latawców. To nie były zawody, tylko zabawa - bieganie po podwórku z latawcami różnego typu: od zwyklej kartki na sznurku po lekkie konstrukcje z drewna. Był czas kometki czyli badmintona. Był czas kapsli czyli Wyścigu Pokoju. Później, gdy zaczęliśmy dorastać i wzmocniło się w nas myślenie konstrukcyjne, budowaliśmy wózki z różnymi napędami. Z reguły były to napędy obce czyli ktoś pchał albo ciągnął taki wózek...
A potem - kiedy miałem 13 albo 14 lat - był rok grania na gitarze. Mieliśmy dwie. Nie będę wypowiadał się na temat ich jakości i brzmienia, bo to wtedy nie było ważne. Ale każdy z nas dotykał instrumentu, ktoś zagrał jakiś akord, ktoś zagrał dwa dźwięki na jednej strunie... Myślę, że to był początek (śmiech).
Przez jakiś czas - podobnie jak wielu chłopców - marudziłem rodzicom, żeby kupili mi porządną gitarę. W końcu ją dostałem i zapisałem się do ogniska muzycznego. Nie powiem gdzie i kto mnie uczył, bo to przykra sprawa. Tam zniechęcono mnie do gitary. Zacząłem chodzić na wagary. Może dlatego, że każda lekcja wyglądała w ten sam sposób: ja grałem, a pan czytał gazetę. Przerywał lekturę tylko wtedy, kiedy przestawałem wydawać dźwięki. Mówił wtedy:"No grać, grać!". Przez miesiąc uderzałem w jedną strunę dwoma palcami. Efekt był taki, że na wiele lat odwiesiłem gitarę na ścianę.
Potem poszedłem do Technikum Mechaniczno-Energetycznego. Ciężka szkoła - techniczna, a jeszcze w dodatku kierunek: automatyka przemysłowa...
Miałem chyba za mało siły przebicia, za mało wiary w to, co chcę robić w przyszłości. Zaważyła tradycja rodzinna - tata pracował w Stoczni Remontowej „Gryfia”, mama w kultowej „Odrze”, a brat studiował w Wyższej Szkole Morskiej. Było więc jasne, że i ja muszę zdobyć wykształcenie techniczne. Ale na szczęście w szkole - prócz przedmiotów ścisłych - było też mnóstwo ciekawych zajęć pozalekcyjnych. I to był mój ratunek. Tam zacząłem śpiewać, malować i rzeźbić. Tam również zacząłem bawić się w teatr, poznałem kolegów, którzy do tej pory są znakomitymi aktorami, reżyserami. I okazało się, że gitara, która przez lata wisiała na ścianie, znów zaczęła się przydawać. Tak w wielkim skrócie przeskoczyłem od 7. do 18. roku życia.
Prócz pasji muzycznej, zawsze tkwiło we mnie zacięcie pedagogiczne. Skończyłem więc nauczanie początkowe w Wyższej Szkole Pedagogicznej, a ze swojego hobby - grania na gitarze, śpiewania i komponowania - uczyniłem zawód.
Myślę, że można to nazwać moją drogą do spełnienia. Bo to, co teraz robię, daje mi szczęście. To, co robię i to, gdzie to robię czyli w Szczecinie.

- A czy nad Szczecinem latają Muzy? Czy trudno czy łatwo być artystą w tym mieście?

- Myślę, że z artystami jest tak, jak z nauczycielami. Jeżeli ktoś czuje powołanie, kocha swój zawód, to może z tego powodu być bardzo szczęśliwym, ale też często cierpi. Mimo że mało zarabia, nie ma sali na próby, to istnieje w nim wewnętrzne przekonanie, że trzeba pracować, bo jest to spełnienie jakiejś wyższej potrzeby.
Oczywiście każdy artysta (a tym bardziej nauczyciel czy pedagog) w Szczecinie powie, że mogłoby być lepiej. I będzie miał rację. Mam to szczęście, że moja pedagogiczna pasja znajduje ujście w nietypowej działalności. W dużo mniej korzystnej sytuacji są nauczyciele, którzy wykonują swoją piękną i ciężką pracę w instytucjach obwarowanych wieloma ograniczeniami formalnymi.
A jeśli chodzi o moją działalność muzyczną, ważnym momentem był ten, w którym uświadomiłem sobie, że umiem komponować. Może właśnie to było pierwsze spotkanie z Muzą. Mając 14 lat ułożyłem melodię do tekstu kolegi i byłem mocno przekonany, że coś takiego umie robić każdy. Przecież wszyscy potrafią jeździć na rowerze (chyba, że ktoś nigdy na niego nie wsiadł). Wydawało mi się, że podobnie jest z pisaniem wierszy. Jeśli usiadłbym, to na pewno coś bym stworzył. Tymczasem okazało się, że to wcale nie jest łatwe - nie każdy może napisać poemat. Trzeba mieć do tego dar. Kiedy uświadomiłem sobie, że mam dar komponowania, układania melodii, to coś fajnego otworzyło się we mnie i do tej pory trwa. Bo to jest piękny stan, kiedy przede mną kolejny wiersz i kolejne wyzwanie muzyczne. Jest to dla mnie ważne, że - prócz działalności odtwórczej - zajmuję się robieniem czegoś zupełnie nowego, oryginalnego. Poza tym jest to wygodne, że nie muszę szukać „arfikowego” repertuaru, lecz sam go tworzę. Podobnie jest zresztą ze Sklepem z Ptasimi Piórami. Te zjawiska, o których mówię, przyćmiewają wszelkiego rodzaju niewygody, przeszkody - i te urzędnicze i ogólnoludzkie i formalne i materialne itd.

- Przez Sklep z Ptasimi Piórami przewinęło się trochę ludzi, przez Arfik jeszcze więcej. Czy policzyłeś ludzi, którym zaszczepiłeś miłość do muzyki albo przyjaźń z muzyką?

- Tego nie da się policzyć. W przypadku grupy Arfik jest to grubo ponad tysiąc osób. Jednak to nie ilość jest ważna. Cieszę się, że dzieci zapisują sie do zespołu dobrowolnie; że to one decydują, a nie rodzice. Przecież nie mają z tego żadnych korzyści (naturalnie poza świetną zabawą, wspólnym muzykowaniem i wyjazdami). Jest to dla nich odskocznia. Przychodzą z ochotą na próby nawet wtedy, gdy nie pracujemy nad nowym repertuarem. Bo wreszcie mogą się wygadać, pożalić, pożartować. Podczas pracy nad nową piosenką czy nowym widowiskiem czują się uskrzydlone, a ja wraz z nimi.
Kiedy dorastają, odchodzą z zespołu. Te najstarsze mają... hmmm... jakieś trzydzieści pięć, trzydzieści sześć lat! No tak, bo jeśli te pierwsze dzieci na Jodłowej miały 15 lat, to teraz...(śmiech) mają już własne dzieci. Wiem, że kilka z tych osób śpiewa w szczecińskich zespołach. Cieszę się, że właśnie tutaj wykorzystują swój potencjał. A na bieżąco spotykamy się w takiej grupie młodzieżowej Kostka Cukru.
W Sklepie z Ptasimi Piórami było odwrotnie - to ja miałem zaszczyt pracować z fantastycznymi ludźmi. To oni nauczyli mnie wielu rzeczy. A jeśli chodzi o liczby, to przez zespół przewinęło sie ok.15 osób. Obecnie - prócz mnie - Sklep tworzą: Lech Grochala, Robert Jarzębski (obaj w zespole od 20 lat), Szymon Orłowski (od 4 lat), a od niedawna gra z nami znakomity pianista Krzysztof Baranowski. Sklep z Ptasimi Piórami jest dla mnie wspaniałą muzyczną przygodą, ale i otarciem się o artystyczny wielki świat. Występowaliśmy przecież z gwiazdami muzyki polskiej, ale nie tylko polskiej. Do dziś wspominam występy z Rickiem Wakemanem i Bobby'm McFerrinem.

- Obchodziliście niedawno okrągły jubileusz. Wspomniany przez Ciebie Lech Grochala (zwany Groszkiem) powiedział: "Trzydzieści lat! Tyle to grają tylko Rolling Stonesi!"

- (śmiech) Nie wiem, co Leszek miał na myśli, ale po tym jubileuszowym koncercie postanowiliśmy skończyć z kombatanctwem. To właśnie Groszek powiedział: "Słuchaj! Po co mają Ci liczyć lata! Masz tyle, na ile wyglądasz". To oczywiście jest punkt widzenia faceta, który myśli, że fajnie byłoby się nie zestarzeć. Ale tak naprawdę to muzyka nas konserwuje.
Przypomniałem sobie właśnie wielki koncert z okazji trzeciej rocznicy powstania zespołu. To było coś naprawdę niesamowitego. Te nasze rozmowy, podsumowania: ile to już koncertów za nami, ile przeżyliśmy razem... A to był przecież zaledwie trzeci rok naszej działalności. Po 30 latach, kiedy ten punkt widzenia się nieco przesunął, inaczej patrzę na różne sprawy. Zresztą gdyby 21 lat temu w Klubie Osiedlowym przy ulicy Jodłowej ktoś mi powiedział, że Arfik będzie działał tyle lat, to bym go wyśmiał.
Ale teraz już koniec z kombatanctwem, koniec z dinozaurami! Robimy swoje nie oglądając się za siebie. I będziemy starać się, żeby to, co robimy, zawsze było świeże i twórcze.

- Czy Ryszard Leoszewski jest szczeciński?

- Jestem bardzo szczeciński, bo tu się urodziłem. Ale też jestem szczeciński, bo moi rodzice są z tego charakterystycznego pokolenia, które tu przyjechało po wojnie. Pochodzą ze wschodniej Polski, z okolic Białegostoku, a do Szczecina przyjechali na początku lat 50. Z kolei mama Neli - mojej żony - urodziła się w Berlinie i przyjechała ze swoimi rodzicami w 1948 roku w ramach repatriacji.
Doceniam w tym mieście jego wielokulturowość. W tym tkwi siła Szczecina. Ciągle niewykorzystana. Był czas, kiedy wszelkie znaki innej niż polska kultury zakrywano lub niszczono. Obecnie uwypukla się różnorodności, wynikające ze skomplikowanej przeszłości miasta i tego, że po wojnie przyjechali tutaj ludzie z różnych stron Polski. Zrobili w mieście dużo dobrego, choć nie wszystko się udawało. Do dziś funkcjonuje takie myślenie, że Szczecina jest "za bardzo": za bardzo na zachód, za bardzo na północ, za daleko od centrum. Często w rozmowach z kolegami np. z Warszawy czy Łodzi, padają takie słowa: "Przyjechalibyśmy do Szczecina, ale do Was jest tak strasznie daleko". A co ja mam powiedzieć? Przecież ja do tej Warszawy czy Łodzi jakoś dojechałem! Wygląda na to, że droga ze Szczecina do tych miast jest krótsza niż z tych miast do Szczecina.
Nie rozumiem również, dlaczego informacje o tym, co tutaj robimy tak trudno przedzierają się do innych miejsc w Polsce. Przykładem może być finał regat, który odbył się tu w ubiegłym roku. Fantastyczny sukces, w Polsce prawie niezauważony. Albo ten nasz Kontrapunkt. A wystarczy, że coś podobnego (często mniejszego formatu) pojawi się w innym mieście, a już o tym się mówi. Nie wiem, na czym to polega.
Szczecin potrzebuje mądrych gospodarzy, którzy powinni w mniejszym stopniu zajmować się polityką, a w większym realizacją wizji rozwoju miasta. Żeby stało się ono przyjazne dla ludzi, którzy chcą tu mieszkać i tworzyć oraz dla tych, którzy do tego miasta przyjeżdżają. A wtedy będziemy mieli basen, salę widowiskową, filharmonię, Pleciugę czy też miejsce pracy dla dzieci z Arfika (śmiech).

- Do których z zakątków Szczecina masz największy sentyment?

- Przez całe dzieciństwo mieszkałem przy Mickiewicza, na Pogodnie. Tradycją było, że w niedzielę piechotką szliśmy do rodziny na Niebuszewo. Cały tydzień czekałem na ten spacer. Szliśmy przez Ostrawicką, potem wchodziliśmy do Parku Kasprowicza, zahaczaliśmy o Różankę, mijaliśmy Rusałkę... Najpiękniejsze zakątki Szczecina.
I to jak odmiennie wyglądające w różnych porach roku. Jedno z piękniejszych zdjęć, jakie posiadam, przedstawia mamę, którą wspólnie z bratem ciągniemy na sankach po parku...Droga z Mickiewicza na Łuczniczą to była cudowna trasa. Najmniej interesujący był odcinek już na Niebuszewie, chociaż i tu były ciekawe widoki. W parczku na rogu ulic Chopina i Krasińskiego co roku na wiosnę rozstawiał się cygański tabor. Zawsze zastanawiałem się, czy w najbliższą niedzielę ten tabor już będzie czy jeszcze nie. To było dla mnie takie egzotyczne - te domy na kołach, stroje, zwierzęta, ogniska...
A teraz najbardziej lubię odkrywać detale, elementy, które są w naszym mieście od dawna, ale nie zwracamy na nie uwagi np. piękne elewacje budynków na rogu ulic Wawrzyniaka, Mickiewicza i Bohaterów Warszawy. Zauważyłem to, kiedy stałem na przystanku. Tramwaj się spóźniał, a ja z nudów podniosłem wzrok do góry i... oniemiałem. Oczywiście te kamienice są zniszczone, ale gdyby były odnowione lub chociaż wymyte, wyglądałyby naprawdę niezwykle.
Niedawno zrobiłem zdjęcie na ulicy Niemcewicza. Przedstawia typową dla Szczecina XIX-wieczną kamienicę, zza której wyrasta ogromny kolorowy wieżowiec. Niesamowity kontrast.
W Szczecinie można zobaczyć miejsca piękne, niezwykłe, ale i brzydkie. Przy starym gmachu politechniki, tuż za Mostem Akademickim wybudowano kiedyś obiekt, który uczelni naprawdę był potrzebny. Ja jednak do dziś, kiedy przejeżdżam lub przechodzę tamtędy, odwracam głowę, by nie patrzeć na szary prostopadłościan połączony z pięknym, starym budynkiem, który był przecież rzeczą architektonicznie skończoną. A najbardziej mnie dziwi, że taki projekt zaakceptowała politechnika (obecnie należy on do uniwersytetu). Tak w prosty sposób można zeszpecić coś szlachetnego. I to boli. Na szczęście jest dużo miejsc, które z przyjemnością się ogląda, w których z przyjemnością spędza się czas.
Czekam też na nowe miejsca. Mieszkam teraz na Podhalańskiej, a w pobliżu na moich oczach tworzy się historia. Mam na myśli budowę Pleciugi.

Szczecin, 1 kwietnia 2008 r.