Sylwetki Ambasadorów


Krzysztof Bizio


Krzysztof Bizio

- W pewnym wywiadzie zapytano, która z wykluczających się opowieści przedstawiających okoliczności Pana debiutu jako dramaturga jest prawdziwa. Unikając odpowiedzi przywołał Pan  słowa Zenona Butkiewicza, dyrektora Teatru Wspólczesnego w Szczecinie, który radził, żeby komplikować te opowieści jak najbardziej, bo anegdoty ubarwiają życie i autora i teatru.
Słowa te nasunęły mi skojarzenie z inną anegdotą dotyczącą reżysera, Marka Piwowskiego. Ktoś zauważył, że w każdym wywiadzie inaczej odpowiada na te same pytania. Piwowski stwierdził: "Bo nie lubię się powtarzać, chyba że zamawiam bilety do Baden-Baden". Czy ma Pan takie ciągle powracające pytania, na które już nie chce się odpowiadać?

- Teraz już mniej, ale kiedyś takim podstawowym pytaniem było: "Jak to się stało, że architekt zajął się pisaniem dramatów?" A to pytanie rodziło kolejne: "Jakie są związki między architekturą a dramatem?". W zasadzie nie istnieją żadne związki (śmiech), a jeżeli chodzi o to, jak to się stało - sam nie wiem.
Kolejne pytania dotyczą często Szczecina. Okazuje się bowiem, że jest to egzotyczne miejsce dla wielu ludzi. Także zagranicą nazwa Szczecin często niewiele mówi i prościej jest tłumaczyć jego położenie, jako polskiego miasta blisko Berlina. To najszybciej umiejscawia Szczecin.

- Bardzo blisko Berlina i bardzo blisko morza. Niektórzy są nawet przekonani, że Szczecin leży nad morzem...

- Tak, to częsta pomyłka. Znane są przypadki, kiedy to turyści szukają nadmorskiej plaży, której przecież tutaj nie ma. Ale to stereotypy. Jest ich mnóstwo w naszym życiu i nie należy się nimi przejmować.

- Szczecińscy artyści narzekają czasem, że są znani i doceniani wszędzie, tylko nie w Szczecinie. Jak jest w Pana przypadku?

- To zależy jakie mamy oczekiwania wobec miasta. Ja akurat mam niewielkie. Szczecin nigdy nie był  miastem o szczególnym znaczeniu geopolitycznym, strategicznym; nigdy nie działy się tu rzeczy najważniejsze, decydujące. No, może z wyjątkiem 2 połowy XIX wieku i początku XX, kiedy miasto miało złoty okres swojego rozwoju. Dziś sytuacja Szczecina nie odbiega w jakiś znaczący sposób od tego, co było kiedyś.
Ostatnio byłem na konferencji poświęconej rewitalizacji miast i wysłuchałem referatu pt. "Slowly City". Okazuje się, że istnieje kategoria takich -slowly miast-,  które są innym rodzajem przestrzeni miejskiej. Tu nic nie dzieje się szybko. Ale to nie znaczy, że nic się nie dzieje.
Ale wracając do pytania: w Szczecinie nie ma mocno rozbudowanego środowiska artystycznego, więc byłoby dziwne, gdyby nagle to, co robię zaczęło spotykać się z jakimś wielkim zainteresowaniem. Zresztą robię rzeczy bardzo niszowe i sądzę, że stopień rezonansu jest proporcjonalny do tego, co robię.
Ale jeśli ktoś chciałby wybić się w biznesie, w mediach czy kulturze w wydaniu masowym, to -  pozostając w Szczecinie - wielkiej kariery nie zrobi.

- To znaczy, że Pan nie chce zrobić kariery?

- (śmiech) Trzeba by było otworzyć kolejne drzwi: co to znaczy kariera. Ale nie - w takim popularnym ujęciu, nigdy nie byłem tym zainteresowany. Nigdy nie parłem do tego, żeby udzielać wywiadów, czy żeby bywać... Starałem się raczej to tonować..
Wracając do tego podstawowego wątku: pomimo wszystko jest to miasto, które daje możliwość ciekawego życia. Ciekawego i pełnego, natomiast jeśli chodzi o tak zwaną karierę, czy popularność, to nie wydaje mi się, żeby było to miasto. które stwarza ku temu szansę.

- Ale to, że Pan mieszka i pracuje w Szczecinie, nie jest chyba spowodowane tylko i wyłącznie pogodzeniem się z losem, który kazał Panu przyjść na świat w tym mieście?

- (śmiech) Lubię Szczecin. Można się oczywiście zastanawiać, na ile jest to wynik tego, że się tu urodziłem i mieszkam od dzieciństwa, a na ile jest to wynik głębszej refleksji, ale rzeczywiście dobrze się tu czuję. Czasami dobrze mi robi, kiedy wyjadę stąd na kilka czy kilkanaście dni i wrócę. Dzięki temu udaje mi się zachować zdrowe spojrzenie na to, co się dzieje w Szczecinie (i nie tylko).
Teraz także jako architekt mam trochę lepszą sytuację. Jeszcze kilka lat temu inwestycje w Szczecinie wyglądały dość kiepsko, natomiast obecnie to wygląda dużo lepiej. Jest więc możliwość realizacji ciekawych projektów.
Istnieje takie przekonanie, że z czasem oswajamy miejsce. Oswajamy też ludzi, którzy nas otaczają. Stają się one częścią nas, naszej bardzo intymnej przestrzeni. Tak się stało w przypadku moim i Szczecina. Co prawda ostatnio zrobiłem takie podsumowanie, z którego wynikało, że z moich pięciu, sześciu najlepszych przyjaciół tylko jeden został w Szczecinie, więc troszeczkę to przeczy temu, co powiedziałem, ale pojawili się inni ludzie.

- Prócz architektury i dramatu w Pana życiu zawodowym jest miejsce na coś jeszcze - na film.

- Piszę scenariusze i myślę o autorskich projektach, związanych także z reżyserią. Mam nadzieję, że niebawem wejdzie do kin  film pt. "0_1_0" w reżyserii Piotra Łazarkiewicza, do którego napisałem scenariusz. Poza tym przystępuję do realizacji pierwszego własnego filmu. Obraz powstanie w ramach programu Stowarzyszenia Filmowców Polskich "30 minut - debiuty". Chciałbym, aby zdjęcia do tego filmu były kręcone w Szczecinie. Nie wiem, czy tak się stanie, bo trwają rozmowy na ten temat, ale jest szansa, że pod koniec wakacji tutaj w zrealizuję taki 30. minutowy film fabularny.

- A co stoi na przeszkodzie?

- Żeby nakręcić film w Szczecinie, trzeba ściągnąć tu całą ekipę. Wszyscy musieliby mieszkać w hotelach przez dwa tygodnie, co znacznie podwyższa koszty. Problem tkwi w tym, że u nas nie ma zaplecza. Ale też dlaczego miałoby być?
Mamy za to co innego: wiele miast (takich jak: Warszawa, Kraków, Wrocław) zostało dokładnie obfotografowane, a Szczecin - nie. 

- Porozmawiajmy o sukcesach. Co dla Pana jest największym sukcesem?

- Sukces, czyli porównywanie się ze znajomymi? To, co robię nie do końca ma charakter rywalizacji sportowej. Dla mnie sukces wyraża się raczej akceptacją siebie i tego co się robi. Dlatego - jak mnie Pani pyta o sukces - nie ma takich zdarzeń spektakularnych (czy mniej spektakularnych), o których mógłbym powiedzieć: "To mi się udało, to jest mój sukces".
Natomiast ważne jest to, że mamy swój własny świat. Może się on objawiać w różnych formułach, ale jeśli się objawia i możemy powiedzieć: "To jest moje. Widać tu mój charakter pisma", oznacza, że coś z życia zrozumieliśmy, że coś nam się udało zrobić, co nie jest tylko powtórzeniem... I tu nie chodzi o jakąś konkretną rzecz, tylko o sposób życia. Największy sukces to akceptacja siebie i swojego świata. Jeśli celem samym w sobie ma być np. zdobycie pieniędzy albo napisanie dramatu, to takie sukcesy szybko przemijają. W teatrze nawet szybciej niż w przypadku innych dziedzin sztuki. W sobotę można mieć premierę i wrażenie triumfu, a potem przychodzi poniedziałek i nikt już o Tobie i Twoim sukcesie nie pamięta. I trzeba zaczynać wszystko od początku.

- Na zakończenie naszej rozmowy chciałabym powrócić do tematów związanych z naszym miastem. Czy jest Pan szczeciński?

- Dopiero wtedy, kiedy człowiek styka się z innymi rodzajami wrażliwości, innym spojrzeniem na świat, zaczyna dostrzegać te różnice. Nie jestem porywczy, niechętnie manifestuję swoje uczucia i można uznać, że są to cechy człowieka północy. Jest ogromna różnica między mentalnością mieszkańców Szczecina i Białegostoku. My jesteśmy chyba bardziej wyważeni, oni bardziej emocjonalni. Mój kolega operator, Wojciech Tudorow, który jest z pochodzenia Bułgarem, twierdzi, że w moim zachowaniu widzi wpływy niemieckie. On jest człowiekiem bardzo temperamentnym i niespecjalnie umie się odnaleźć w takim wystudzonym świecie. Ale czy to, jaki jestem, jest związane z miejscem, gdzie przyszedłem na świat i mieszkam? Nie wiem.
W ogóle zdefiniowanie szczecińskości jest trudne. Wydawane są albumy, które mają w tytule styl życia: "Paryski styl życia", "Berliński styl życia", "Nowojorski styl życia".
Przeglądając je widzimy różnice - inaczej wyglądają mieszkania, inaczej kawiarnie, deptaki itp. Oczywiście są to symboliczne miejsca. Szczecin tak symbolicznym nie jest. Gdyby ktoś chciał wydać taki album o naszym mieście, miałby sporo problemów, by ten szczeciński styl życia uchwycić. Za mało jest tu miejsc emblematycznych. Ale tego nie da się zadekretować. Oczywiście można założyć kawiarnię literacką, ale ma ona sens tylko wtedy, jeśli zaczną się w niej pojawiać literaci, a tych tutaj nie ma. Inaczej to miejsce będzie martwe. Od lat toczy się w Szczecinie dyskusja na temat jego tożsamości. Z tych rozmów coś się wyłania, ale to ciągle nie jest jasne.

- Jednak ustalenie, co stanowi istotę szczecińskości jest konieczne, by poczuć się naprawdę u siebie. Tak długo przecież żyliśmy w tym mieście na walizkach. Teraz chcemy odstawić walizki na pawlacz i zająć się życiem, a nie oczekiwaniem, że zaczniemy żyć...

- Ma Pani rację. Kojarzy mi się to z tytułem książki Milana Kundery "Życie jest gdzie indziej". W wielu ludziach tkwi takie przeświadczenie, że do tej pory nie żyli naprawdę, dopiero teraz zaczną...
Ale ta niesłabnąca dyskusja na temat tożsamości pokazuje, że jest to dla większości z nas ważne. Chcemy żyć w uporządkowanym świecie - stąd również fascynacja przeszłością miasta, tęsknota za mitycznym Szczecinem.

- Dziękuję za rozmowę.

Szczecin, 4.04.2008 r.