Sylwetki Ambasadorów


Arkadiusz Bis


Arkadiusz Bis

- Czy miejsce, w którym rozmawiamy jest dla Ciebie ważne?

- Tak. Patrzymy na Szczecin z wysokości 22 piętra. Pracuję w tym budynku od prawie pięciu lat i na co dzień mam takie widoki. Zupełnie inne miasto... Nie, właściwie to miasto jest takie samo, ale z tej perspektywy wygląda zupełnie inaczej.

- Zastanawiam się, jak miłość do historii, miłość do Szczecina mogła narodzić się na Osiedlu Kaliny?

- Przede wszystkim nie użyłbym słowa "miłość", bo nie lubię wielkich słów. Rzeczywiście Osiedle Kaliny jest dla mnie ważne, bo tam się wychowałem, mieszkałem blisko 30 lat. I choć to ryzykowne porównanie, czułem się tam jak chłop na ojcowiźnie, który wie, że to jest jego miejsce na ziemi. Po prostu znałem tę okolicę, lubiłem ją  i czułem się tam bezpiecznie. Osiedle graniczyło z Pogodnem. Ulica Witkiewicza rozdzielała te dwa światy: nowy, budowany przez bratni naród i ten stary. Było coś magicznego w tym przekraczaniu światów. Przechodziło się przez ulicę i nagle: niższe domy, chodniki, które były układane - jak się później dowiedziałem - przez Niemców, studzienki kanalizacyjne z jakimiś tajemniczymi napisami. Byłem zdziwiony, kiedy dowiedziałem się, że w tym mieście nie zawsze mieszkali Polacy i zacząłem zadawać sobie pytania: A jak nie Polacy, to kto? Niemcy? Ale jak to? Wchodził taki do domu i mówił: "Guten Morgen"? W Szczecinie?
I od tego zaczęło się to moje zaciekawienie miastem.

- A co było przed zaciekawieniem miastem, jego historią? Muzyka?

- Muzyka. Zaczęło się od szczecińskich Słowików. Pewnego pięknego dnia kolega zapytał, czy nie poszedłbym z nim na próbę chóru. I poszliśmy. Kolega był na dwóch próbach, ja też na dwóch plus następne 15 lat. W międzyczasie były szkoły muzyczne, a potem akademia. Był też Deus Meus, chyba najbardziej rozpoznawalny zespół z kręgu muzyki chrześcijańskiej. Przez jakiś czas uczyłem wychowania muzycznego w szkole, ale z wiadomych względów, odszedłem z zawodu. Tak się złożyło, że od 10 lat pracuję w branży informatycznej. Były też studia językowe, hotelarskie, pracowałem na budowie - przedziwne rzeczy robiłem, ale wszystko w Szczecinie.

- Portal sedina.pl. Kim jesteście? I czym się zajmujecie?

- Grupą ludzi? Gronem przyjaciół? Najprościej byłoby powiedzieć, że stowarzyszeniem, ale tu pojawia się problem, bo w sensie prawnym nie jesteśmy żadnym stowarzyszeniem... Nazwałbym to oddolną inicjatywą społeczną, ale to brzmi trochę patetycznie. Może inaczej: taka platforma w internecie, miejsce spotkań ludzi, którzy chcą rozmawiać o Szczecinie. Moją zasługą było tylko stworzenie tego miejsca, takiego wirtualnego pokoju, do którego zaprosiłem kilku znajomych. A oni z kolei przyprowadzili tam swoich znajomych. Ktoś przyniósł zdjęcia, kto inny pocztówki, a jeszcze ktoś książki - oczywiście w wersji elektronicznej. A kiedy o tych naszych znaleziskach zaczęły pisać i mówić lokalne media, przyłączyli się do nas nowi ludzie i tak to się rozrastało. Z formalnego punktu widzenia  to wydawnictwo internetowe. Jest kilka osób, które tym kierują i grupa trzydziestu zaangażowanych w pracę portalu - dzielą się swoją wiedzą, zbiorami, zamieszczając różnego rodzaju artykuły, tworząc galerie. Jest jeszcze około stu osób, które stale uczestniczą w dyskusji na forum. Odwiedza nas 500 internautów dziennie, co przez 4 lata dało pół miliona  Jak na temat tak niszowy jak historia Szczecina, jest to niezły wynik.

- Czasem musicie tłumaczyć ideę portalu. Czy to nie jest tak, że wydajecie się być zbyt niemieccy dla Polaków, a zbyt polscy dla Niemców?

-  Często używam takiej przenośni, że sedina stoi na dwóch nogach. Jedną nogą jest historia przed 1945 rokiem, a drugą - powojenna, polska. Przeciążenie jednej czy drugiej strony może przynieść efekty niepożądane. Rzeczywiście tak jest, że wśród dawnych mieszkańców Szczecina jest grupa otwarta na dialog, ale jest i taka, która w dalszym ciągu nie pogodziła się z polskością miasta, więc nie akceptuje naszych działań. I odwrotnie - ponieważ dopiero od niedawna zaczęło się mówić o tej przedwojennej historii, niektórzy zarzucają nam zbytnią gloryfikację niemieckiego Szczecina.

- Jakie były Twoim zdaniem najciekawsze inicjatywy, największe sukcesy portalu sedina.pl?

- Jestem bardzo zadowolony, że udało się zaprezentować filmy z przedwojennego Szczecina. Z przeróżnych, czasem bardzo dziwnych źródeł uzyskaliśmy kilka kawałków: tu 90 sekund, tam 45 - naprawdę króciutkie ujęcia. Po 4 latach gromadzenia dało to w sumie 30 minut filmów, które są umieszczone na portalu. I z tego się cieszę. Tym bardziej, że po niecałym roku naszej działalności, filmy te zostały zaprezentowane na dużym ekranie. W kinie Helios zaplanowano pokaz dla 200 osób. Zainteresowanie było tak wielkie, że filmy pokazano 12 razy. A na widowni było nie 200, ale 400 osób za każdym razem.
Innym sukcesem (już bardziej prywatnym) było to, że dzięki portalowi udało mi się spełnić chyba największe szczecińskie marzenie czyli wejść na wieżę obecnego kościoła garnizonowego. Od dziecka uwielbiałem wdrapywać się na takie wieże. Jeśli tylko nadarzyła się okazja, pożyczałem klucze od pana kościelnego (albo zdobywałem je w mniej grzeczny sposób) i wspinałem się po schodach. Tam zawsze fajnie pachniało i zupełnie inaczej płynął czas...
Przy okazji udało mi się też spełnić dobry uczynek. Za zgodą diecezjalnego konserwatora zabytków wykonałem dokumentację fotograficzną 24 przedwojennych wieży kościelnych. A przy okazji ile odkryć! Paczka przedwojennych, niemieckich papierosów, gazety z lat trzydziestych, wydrapane na ścianach napisy typu "Hans und Helga 1935"... Zdjęcia z tych kościelnych wędrówek można zresztą obejrzeć na portalu.
Jest jeszcze jedno wydarzenie - historyczne, a właściwie niezauważone przez media. Co roku przyjeżdżają do Szczecina jego dawni mieszkańcy na protestanckie święto zmarłych Totensonntag. Jest to bardzo kameralne spotkanie na Cmentarzu Centralnym. W ubiegłym roku zaproszenie na tę uroczystość przyjął prezydent Szczecina, Piotr Krzystek. Ludzie ci byli niezwykle poruszeni. 
Jestem też zadowolony z tego, że udało nam się przekonać do siebie wiele instytucji, które na początku raczej nieufnie podchodziły do grupy młodych ludzi proszących o udostępnienie materiałów. Mówię np.o Archiwum Państwowym, Książnicy Pomorskiej i Muzeum Narodowym. Teraz współpracujemy i cieszy nas, że od czasu do czasu  my także możemy pomóc.
Z czego jeszcze jestem zadowolony? Z audycji w Radiu Szczecin, bo dzięki niej możemy dotrzeć do ludzi, którzy nie korzystają z internetu.

- Co Twoim zdaniem jest siłą, a co słabością Szczecina?

- Słabością to, że my - jego mieszkańcy - nie dostrzegamy, jak niezwykłe i ciekawe jest to miasto. I że nie umiemy cieszyć się z tego, co mamy. Natomiast zawsze zauważymy, że czegoś nam brakuje. Nie mamy np. gmachu opery w Sydney, ale to z tego powodu, że nie jesteśmy Sydney. Ale mamy za to piękny pałac przy Alei Niepodległości, gdzie teraz jest bank, a kiedyś rozgrywały się fascynujące wydarzenia. Myślę, że dużym, jeszcze ciągle niewykorzystanym, potencjałem Szczecina jest jego położenie. Kilka lat temu wybraliśmy się na wyprawę łódkami po Odrze. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Szczecin od tej strony. Miasto wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy ulicy, chodnika czy okna naszego mieszkania. Zapominamy, że leży nad wodą. Kiedyś wydawało mi sie, że siłą naszego miasta jest też jego historia. Ale z historii żyje Toruń, Kraków i parę innych miast w Polsce. Nigdy nie pobijemy ich w ilości znanych postaci czy wydarzeń. Ale walorem Szczecina może być niezwykłość jego historii. W jakim innym polskim mieście urodziła się Niemka, która została carycą Rosji , a potem doprowadziła do rozbioru Polski. Albo inny przykład: szczecinianie, którzy wręczali królowi Jagielle dwa nagie miecze pod Grunwaldem...

- Twoje ulubione miejsca w Szczecinie to...

- Osiedle Kaliny. Gumieńce, gdzie obecnie mieszkam. Kiedyś bardzo lubiłem odcinek ulicy Kuśnierskiej, od Panieńskiej w górę. Jeśli stanęło się tam w pewnym miejscu, widać było tylko starą zabudowę (albo stylizowaną na starą) i przez kilka sekund można było poczuć się jak w dawnym Szczecinie. Mam też sentyment do ciągu komunikacyjnego, który zaczyna się na Osiedlu Kaliny, a kończy Mostem Długim (po drodze mija się kościół garnizonowy!). Ciekawe są też podziemia Szczecina. Dużo jest takich niezwykłych miejsc. Kiedyś - korzystając z dużej ilości wolnego czasu i dobrodziejstw biletu sieciowego - często wsiadałem do autobusu, którym nigdy wcześniej nie jechałem i wysiadałem w nieznanym miejscu. Dzięki temu wiem, gdzie znajduje się  Osiedle Kasztanowe. 

- Na zakończenie - Twoje hasło.

- Zawsze będę podkreślał, że Szczecin to ciekawe miasto. Może to brzmi banalnie, ale uważam, że tak właśnie jest. A ciekawym jest nie dlatego, że ma wielki rynek z dużą ilością gołębi i japońskich turystów, ale dlatego, że posiada niezwykłą architekturę i ciekawą historię. Myślę też o tej powojennej. To także w tym mieście zaczęła rodzić się nowa Polska.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Szczecin, 3 kwietnia 2008 r.