Sylwetki Ambasadorów


Jan Lubiński


                "Światowa klasa przez naukę i przyzwoitość"

                                              Jan Lubiński

prof. Jan Lubiński

 

 - Spotykamy się w wyjątkowym dniu... Przydarzyła nam się katastrofa: nie ma prądu, nie ma ciepłej wody, nie działają telefony, ogrzewanie, sklepy, urzędy... Szpital działa.

- Na szczęście! Nasz szpital jest dzisiaj oazą na pustyni. Mam nadzieję, że inne szpitale też działają.

- Jak Pan sądzi, czy - dzięki temu, co Pan robi - przeciętny szczecinianin rozumie, czym jest genetyka?

- Myślę, że - dzięki temu, co uprawiamy - słowo "genetyka" jest znane. Natomiast z przykrością stwierdzam, że nie do końca rozumiane. Nie zawsze dostrzegane są te nieprawdopodobne przełożenia na codzienne życie, które wynikają z naszych badań. Oczywiście taka perspektywa jest konsekwencją tego, że my po prostu jesteśmy "ze środka" - dla nas wiele rzeczy jest oczywistych, jasnych, prostych. A prawdopodobnie za mało czasu poświęcamy na to, żeby tę wiedzę popularyzować, przekazywać. Momentami wydaje nam się, że już nie wypada więcej mówić o problemach, którymi się zajmujemy, a z drugiej strony, jak potem trafiamy na totalne niezrozumienie na różnych poziomach, na różnych szczeblach, to wiemy, że powinniśmy więcej edukować.

- Powiedział Pan, że nie wszyscy wiedzą, co tu się dzieje, co tu robicie. Panie profesorze! Co się tutaj się dzieje?
 
- Tutaj dzieje się coś takiego, co mądrzy naukowcy przewidywali przed laty. Ale nie mieli na to żadnych dowodów.
Genetyką zająłem się  - tak na serio - w połowie lat osiemdziesiątych. Zacząłem dostrzegać w tym wielką szansę na postęp w dziedzinie onkologii. Ale to moje przekonanie było wtedy oparte tylko na teoretycznych przesłankach. W 1992 roku powołaliśmy pierwszą w Polsce Onkologiczną Poradnię Genetyczną. Już wtedy widziałem potrzebę, żeby zacząć diagnozować całe rodziny, chociaż wówczas nie były jeszcze znane geny odpowiedzialne za chorobę - nie były zidentyfikowane na poziomie molekularnym. Mimo to zaczęliśmy to robić na poziomie danych rodowodowych i klinicznych. Wówczas lekarze nie byli przekonani, czy - poza jakimiś wyjątkowymi sytuacjami - istnieje bezpośredni związek między nowotworami a genami. Poza tym mówili: "Nawet jeżeli zdiagnozujecie te przypadki, to czy będziecie mogli zadziałać pozytywnie - jeżeli chodzi o profilaktykę, wczesne wykrywanie czy leczenie?". Uważano, że nie.
W związku z tym traktowano nas jak takich naukowców - dziwaków. Natomiast nam cały czas chodziło o te praktyczne przeniesienia. Całe życie zajmowałem się diagnostyką nowotworów, ale w aspekcie praktycznym. Wyjściowo jestem specjalistą z patomorfologii - a patomorfologia to nic innego jak diagnozowanie guzów - ale takim specjalistą, który zawsze szukał dodatkowych rozwiązań. Pracowałem ze znakomitymi fachowcami i cudownymi ludźmi, takimi jak prof. Stanisław Woyke czy prof. Wenancjusz Domagała. Cały czas uprawialiśmy bardzo rzetelną, rutynową diagnostykę, a prócz tego szukaliśmy nowych możliwości. Kilka lat przesiedziałem przed mikroskopem elektronowym. Kilka lat wdrażaliśmy metody immunohistochemiczne. Dodatkowo zacząłem wprowadzać techniki biologii molekularnej. To, co wówczas robiliśmy, było unikalne na światową skalę. Ale takie pogłębianie diagnostyki guza zoperowanego przez chirurga, nie wprowadzało jakiejś totalnie nowej jakości. Dopiero wprowadzenie na większą skalę badań rodzin z agregacją nowotworów było prawdziwym przełomem. Początkowo miało to kolosalne znaczenie tylko dla nielicznych rodzin. Proszę popatrzeć na fotografię na tej półce. To był 1994 rok. Widzi Pani szczęśliwą rodzinkę. Tu, po prawej stronie jest chirurg, docent Józef Kładny. To zdjęcie zrobiono po pierwszej w Polsce udanej operacji z powodu raka jelita grubego, raka bezobjawowego w rodzinie z tzw. Zespołem Lyncha. Ta kobieta została uratowana tylko dlatego, że rozpoznaliśmy ten przypadek. Podkreślam: bez genów, kierując się tylko danymi rodowodowymi i klinicznymi.
Sytuacja poprawiła się w znacznym stopniu, kiedy zidentyfikowano geny związane z wysokim ryzykiem m.in. raka piersi, raka jajnika. Te geny noszą nazwę BRCA1 i BRCA2. Kolejnym przełomowym momentem był rok 1999, kiedy udało się odkryć zjawisko wysokiego stopnia homogenności (czyli jednorodności) polskiej populacji. Okazało się również, że testem opracowanym przez młodego doktora (obecnie docenta, a wkrótce profesora) Bohdana Górskiego, można badać kobiety, u których występuje wysokie ryzyko raka piersi i raka jajnika, nie za 3 tysiące a tylko za 50 euro. Wtedy stanęliśmy przed niebywałą szansą - staliśmy się posiadaczami narzędzia diagnostycznego, które było kilkadziesiąt razy tańsze od diagnostyki uprawianej na całym świecie.
A ponieważ już wcześniej założyliśmy sieć onkologicznych poradni genetycznych w całej Polsce, mogliśmy ruszyć z wielkimi populacyjnymi badaniami kobiet. W efekcie w stosunkowo krótkim czasie powstał największy na świecie rejestr nosicielek mutacji BRCA1.
Nasze działania powoli zaczęły zyskiwać akceptację środowiska medycznego, a grupa lekarzy rodzinnych z doktorem Andrzejem Raczyńskim na czele wymyśliła, żeby na terenie naszego województwa zebrać informacje o występowaniu zachorowań w rodzinie. Badania przeprowadzone w 2001 r. objęły wszystkich członków Zachodniopomorskiej Regionalnej Kasy Chorych! To było fantastyczne osiągnięcie, które do dzisiaj jest cenione na całym świecie. Do tej pory jestem zapraszany tylko po to, żeby pokazać te nasze wyniki. Ale nie osiedliśmy na laurach - ciągle posuwamy się do przodu. Już wkrótce zostanie opublikowana praca, którą między sobą nazywamy cudem medycyny. Okazuje się, że kobiecie, która ma raka piersi i równocześnie mutację BRC1, podajemy lekarstwo stare jak świat (tylko nikomu nie przyszło do głowy, że można je wykorzystywać w takich przypadkach) i... guzy znikają!
W lipcu odkodujemy kilkuletni projekt związany z próbą obniżenia ryzyka zachorowań na raka piersi i jajnika. Naszym preparatem! Pierwsza próba kliniczna na świecie! Jak to możliwe? Bo są wspomniane wcześniej rejestry, jest baza ludzi, którym można pomóc, a dodatkowo wyniki opracować naukowo. A że będziemy to robić na dużej grupie, to nasze wyniki będą wiarygodne i rozstrzygające.

- Pod kierunkiem Pana Profesora pracuje zespół. Jacy to ludzie?

- To wielki potencjał intelektualno-badawczy. Przez te lata powstał zespół - świetna grupa uczonych. W tej chwili dziewięciu z nich wyhabilitowało się i to naprawdę dzięki nietuzinkowym, ważnym pracom. Powstały więc podstawy pod dwie rzeczy: pod onkologię akademicką i pod biotechnologię. Tu zaczynamy uczyć biotechnologii medycznej jako jedni z pierwszych w Polsce. Tu już wkrótce powstanie wydział biotechnologii medycznej. Właśnie w oparciu o te prace.
Nie wiem, czy słyszała Pani o naszym ostatnim sukcesie? Jesteśmy pierwszą grupą na świecie, która pozytywnie zweryfikowała hipotezę - zresztą własną - że wszystkie raki powstają na bazie odziedziczonych, zapisanych w genach predyspozycji. Na modelu raków piersi z Polski byliśmy w stanie pokazać, że genetyka to nie jest coś, co dotyczy jakiejś małej grypy, relatywnie niewielkiego odsetka wszystkich raków, tylko pokazaliśmy, że te zmiany, które dziedziczymy, które występują w naszych genach, są tak naprawdę punktem wyjścia do rozwoju wszystkich raków. Na razie pokazaliśmy to na modelu raka piersi, ale mamy dane, że będzie to tak samo wyglądało w przypadku raka jelita grubego, prostaty i w szeregu innych. To jest absolutny przełom w myśleniu, bo do tej pory we wszystkich działaniach onkologicznych kierowano się tylko takimi czynnikami jak: lokalizacja narządowa (czyli gdzie usytuowany jest guz), stopień zaawansowania klinicznego, typ histopatologiczny, opisywano molekularnie sam guz i na tej podstawie podejmowano decyzję np. o leczeniu. My dodajemy jeszcze jeden czynnik - informację o stanie genów człowieka, który zachorował czy który może zachorować. Wierzymy, że w najbliższych latach powstaną metody, które umożliwią zwalczenie większości nowotworów. I te metody będą oparte właśnie o testy DNA, naszych zmian odziedziczonych w genach. Wyobrażamy sobie, że każdy dorosły człowiek będzie przechodził najpierw test DNA i na tej postawie będziemy mówili o stylu życia, o rodzaju prewencji.
Chcę zwrócić uwagę na pewną rzecz: każda złotówka, którą wydaliśmy na wspomniany już przeze mnie program badań ludności w Zachodniopomorskiem, zwraca się ponad dziesięciokrotnie już po czterech latach! Czyli nie tylko zapobiega Pani rozwoju nowotworów, nie tylko stwarza Pani szansę na właściwe badania kontrolne i odpowiednie leczenie, ale jeszcze Pani zarabia!
A o wyjątkowości tego, co tu robimy niech świadczy fakt, że w Centrum Onkologii w Warszawie Onkologiczna Poradnia Genetyczna powstała 10 lat później niż u nas. A to jest jednostka, która ma nadawać ton! A w świecie? Też jesteśmy liderami. Niedawno zostałem wybrany na członka zarządu Europejskiego Towarzystwa Genetyki Człowieka. Dlaczego? Bo to, co robimy jest nowatorskie. Te badania, o których opowiadałem, są nie tylko przeniesieniem, wdrożeniem czyichś doświadczeń. Wiele rzeczy zrobiliśmy pierwsi na świecie.

- Zostawmy tematy medyczne. Jak trafił Pan do Szczecina?

- Prawda jest taka, że trafiłem tu na studia z nakazu. Średnią szkołę kończyłem w Człuchowie. To jest pogranicze bydgosko-koszalińskie. Dla mojej rodziny, która z dziada pradziada mieszkała w tamtych stronach, miastem uniwersyteckim był Poznań. I tam właśnie wysłałem papiery. Powiedziano mi: "Jest Pan z koszalińskiego. Musi Pan studiować w Szczecinie". Przyjechałem więc do tego miasta i mieszkam tu już 37 lat. Większość mojego życia!
Szczecin jest miastem, które zostało obnażone w swojej słabości jeżeli chodzi o pracę u podstaw. To było miejsce związane głównie z gospodarką morską: marynarze, stocznia, dużo wojska, policji.  I właśnie dlatego istnieją tak wielkie różnice np. między Szczecinem a Poznaniem. Poznań nie miał tak dobrego dojścia przez morze do dobrych pieniędzy i dlatego musiał wykonywać pracę u postaw. A tej u nas nie było. I nie można do nikogo mieć pretensji. Po prostu nasza społeczność musi przejść ewolucję.
Jestem bardzo związany ze Szczecinem. Zawsze bardzo chętnie tu wracałem. Co prawda przez moment zastanawiałem się, czy nie zostać w Stanach Zjednoczonych. Ale ostatecznie przeważyło jedno: perspektywa, że tutaj jednak zawsze można coś budować. A możliwość budowania, tworzenia stanowi dla mnie najważniejsze wyzwanie. I daje szczęście. Przecież ten zakład stworzyliśmy od zera. A takim punktem wyjścia były pomieszczenia piwniczne pod prosektorium, które kompletnie nie nadawały się na laboratorium. Trzeba więc było kłaść płytki, przerabiać, dobudowywać itp.
Miałem też szczęście, bo wspomniani przeze mnie mistrzowie: Woyke i Domagała - którzy też o ile wiem znaleźli się w Szczecinie przypadkowo - stworzyli tu swoistego rodzaju mikroklimat. A teraz my staramy się się tworzyć taki mikroklimat dla młodych pracowników. A efekty? Proszę zobaczyć, jak wysokie notowania we wszystkich rankingach uczelni ma ta nasza Pomorska Akademia Medyczna. Niedawno dostaliśmy wykaz najczęściej cytowanych w świecie polskich uczonych w naukach biomedycznych. Jedna czwarta tych naukowców to ludzie stąd, z tego zespołu! Okazuje się, że można osiągnąć wysoki poziom i uznanie, ale wówczas, gdy jest to zdrowo pomyślane. Co to znaczy? Po pierwsze: ogromny szacunek dla wiedzy, po drugie: twarde trzymanie się zasad. Nie wyklucza to pobłażliwości i elastyczności, ale pewnych rzeczy robić nie można: oszukiwać i kraść. Przychodzą do mnie ludzie i mówią: "Załatw mi to". Odpowiadam wówczas: "Jeśli ja ci to załatwię (a to będzie po znajomości), to Ty raz na zawsze stracisz moralne prawo do tego, żeby oczekiwać, że ktoś inny też Cię potraktuje fair". I to skutkuje. Ale trzeba promować tego typu zachowania. My to robimy. I  między innymi dlatego tyle udało nam sie osiągnąć.

 

Szczecin, 8 kwietnia 2008 r. ( dzień kryzysu energetycznego na Pomorzu Zachodnim )