Sylwetki Ambasadorów


Henryk Sawka


 

Henryk Sawka

- Satyryk to zawód czy charakter?

- Jedno i drugie. Najpierw charakter.

- A może charakterek?

- Może być charakterek. I jak mówi pewne francuskie przysłowie: Najpierw się pewne rzeczy robi dla własnej przyjemności, potem dla przyjemności innych, a później już zawodowo. Zawodowo czyli wtedy, kiedy staje się to źródłem utrzymania.

- A kiedy został Pan satyrykiem?

- Satyrykiem byłem zawsze. Przez pewien czas bawiłem się nawet w kabaret. Ale w momencie, kiedy moi koledzy nie chcieli przejść na zawodowstwo i straciłem partnerów scenicznych, zająłem się rysowaniem. Potrzebowałem tylko siebie, kartki papieru, tuszu, piórka i kawałka blatu.

- Potrzebny jest jeszcze talent...

- Jest niezbędny. Ale talent w nieodpowiednich rękach po prostu się marnuje. Musi więc trafić do osoby, która umie z niego skorzystać, obejść się z nim właściwie, która potrafi go w sobie docenić i nad nim pracować. Bo oprócz talentu mamy jeszcze technikę, systematyczność uderzenia, trzymanie piłki w korcie, timing, serwis itd. Tym tenisowym językiem mógłbym opisać każde zjawisko.

- Tenis jest - obok jazdy konnej i nart - kolejną Pana wielką pasją.

- Tak. Jest chyba najprzyjemniejszy z tych wszystkich sportów - najbardziej dostępny (w dodatku przez cały rok) i szybko dający zmęczenie.

- Wróćmy do rysowania. Jakie cechy trzeba posiadać, żeby być dobrym rysownikiem satyrycznym?

- Już mówiłem: talent, trzymanie piłki w korcie, precyzja uderzenia, ciągła koncentracja i ugięte nogi.

- Ale nie na tyle ugięte, żeby była to pozycja na kolanach...

-  Trafne spostrzeżenie. Oczywiście że nie na kolanach. Satyryk nie jest ani na prawo ani na lewo, ani pośrodku, ani z boku. Satyryk jest ponad. Tylko wtedy może ten zawód uprawiać, kiedy umie wznieść się ponad własne emocje, a nawet przekonania. Satyryk to filozof, ale nigdy ktoś, kto osądza, oskarża, opowiada się. Takie postawy są mi obce. Do rzeczywistości, którą opisuje, podchodzę z dużą pokorą i raczej staram się stawiać pytania niż znajdywać odpowiedzi. 

-  Z jednej strony mogłoby się wydawać, że tylko młody człowiek może być dobrym satyrykiem. Młodzi mają tę niezbędną szybkość reagowania i pewną bezkompromisowość, a może brak wyobraźni, które powodują, że nie zastanawiają się, czy swoimi żartami mogą kogoś skrzywdzić. A z drugiej strony, żeby być dobrym satyrykiem, trzeba być człowiekiem dojrzałym intelektualnie i emocjonalnie. Jest w tym jakaś sprzeczność: prawdziwa czy pozorna?

- Pozorna. Młodość jest potrzebna przy strzelaniu bramek. Dlatego między innymi kupuje się zawodników z Brazylii i daje się im obywatelstwo. Natomiast satyra nie jest strzelaniem goli. Tutaj potrzebny jest doświadczony zawodnik, który z niejednego pieca jadł chleb. Naturalnie nadmiar wrażliwości też jest niewskazany. Trzeba się uodpornić. Czy lekarz może zrezygnować z operacji brzucha, dlatego że boi się sprawić ból pacjentowi?

- A czy ktoś się już na Pana obraził za sposób przedstawienia jego intencji lub działań?

- Oczywiście. Wiele razy donoszono mi, że ktoś poczuł się urażony. Zdarzają się takie przypadki, ale to jest w tej pracy nieuniknione. Wydaje mi się jednak, że i tak moje rysunki stosunkowo rzadko budzą takie reakcje. Ludzie na ogół myślą, że to nie o nich, tylko o ich przeciwnikach albo wrogach...

- Jak to jest, kiedy pasja staje się zawodem? A zawód to m.in. obowiązki i terminy. Czy to nie przeszkadza?

- Nie. To są mity. Czasem ludzie współczują mi, że muszę tak regularnie oddawać rysunki do druku. Nie dostrzegają, że sami wstają na ósmą, pracują codziennie przynajmniej 8 godzin, nie mają przerw, urlopów i są zależni od humorów szefa. Oni mi współczują!
Tymczasem rysowanie jest prostą czynnością fizyczną (oczywiście dla kogoś, kto umie rysować). Najważniejszy jest pomysł, a pomysłów w naszej rzeczywistości nie brakuje, więc grzeszyłbym, gdybym narzekał, że żyję w jakimś straszliwym kieracie.
Jest też druga strona medalu. Ci, którzy pracują od-do, mają szefa, który wyznacza im tempo, rytm pracy - robią, co im się każe. Natomiast ja muszę sam siebie dyscyplinować. Decyduję sam o sobie, a to czasami jest trudne, bo wolność to m.in. mniejsze poczucie bezpieczeństwa.

- To, co Pan mówi, urąga naszym wyobrażeniom o pracy artysty, który powinien usiąść "na gór szczycie", zamyślić się, poczuć wenę i zacząć tworzyć.

- To są mity. Powieści Sienkiewicza najpierw ukazywały się w odcinkach w gazecie. Więc nawet wtedy, gdy czuł się źle, miał gorączkę czy nie miał pomysłu, musiał pisać.

- A Bach był zobowiązany do tego, by raz w tygodniu skomponować kantatę...

- Właśnie. Nie oszukujmy się - jest to taka sama praca jak każda inna. Tylko nie każdy potrafi ją wykonać. Stąd przekonanie o jej wyjątkowości i elitarności. Amator może tworzyć kilka razy w roku - wtedy, kiedy ma ochotę i natchnienie. Zawodowiec ma terminy i musi to natchnienie stymulować u siebie cały czas.
W moim przypadku są to włączone radary, które rejestrują to, co się dzieje. Ciągle polemizuję z tym, co zarejestrowałem. Ja po prostu dużo myślę.

- Tak z własnej, nieprzymuszonej woli?

- Właśnie.

- A co Pan myśli o Szczecinie?

- Tu mieszkam. Przynajmniej na razie. Miałem propozycje, żeby osiedlić się gdzie indziej. Nie zrobiłem tego, chociaż byłoby mi łatwiej. Uznałem, że skoro moje dzieci tu zaczęły szkołę, to tu powinny ją skończyć. Zbyt rewolucyjne zmiany w młodym wieku nie są wskazane. Natomiast po maturze zmiana miejsca zamieszkania jest jak  najbardziej zdrowa - uczy samodzielności i rozwija.
Szczecin jest bardzo daleko od centrum i to jest niewygodne. To tak jakbyśmy mieszkali na Kamczatce. Częściowo jest to porównanie uzasadnione biorąc pod uwagę ostatnie śniegi... Natomiast cieszę się z bliskości Berlina. Tym właśnie szpanuję w kraju, że mam 20 kilometrów do cywilizacji, a w ciągu półtorej godziny mogę znaleźć się w pięknym, europejskim, kosmopolitycznym mieście. Ostatnio wybierał się tam mój przyjaciel, Andrzej Mleczko. Z przyjemnością doradziłem mu, co ma zobaczyć, gdzie zjeść, jakim statkiem popłynąć itp. Cieszę się, że mogę komuś zaoferować kawałek Europy niedaleko swojego miasta.

- A Szczecin nie jest europejski?

- Wygląda europejsko. Jego architektura to potężny potencjał. To jest miasto o gigantycznych możliwościach. Ale było i jest lekceważone przez państwo. I to nie jest wina lokalnych polityków. Z ostatnich przykładów: nie chce się uznać Szczecina za metropolię. Mam wrażenie, że w centralnej Polsce myśli się, że Szczecin jest tak daleko, że można o nim zapomnieć. Tak jak z rzeczami, które mamy, ale leżą na pawlaczu albo w piwnicy. Naprawdę nie wiem, co można z tym zrobić.
Natomiast jeśli chodzi o nas samych, to powinniśmy stworzyć centrum wokół deptaku Bogusława. Tam powinny być restauracje, kawiarnie, galerie i sklepy. Nic więcej. Ludzie muszą tam dojść na piechotę, usiąść, wypić kawę, piwo, przeczytać gazetę, poczuć się intymnie i bezpiecznie. Niedawno byłem w Krakowie. Tam życie płynie nieśpiesznie, właśnie dlatego, że są takie miejsca.

- Poradził Pan swojemu przyjacielowi, Andrzejowi Mleczce, co zobaczyć, czego doświadczyć w Berlinie. A gdyby Pana przyjaciel chciał odwiedzić nasze miasto, co by mu Pan powiedział?

- Należy zacząć od knajp. Na pewno wieczorem zabrałbym go na Ładogę - to oryginalne miejsce. Potem do Czarnego Kota Rudego na "Dancing Szczecin". Pewnie poleciłbym mu któryś ze spektakli pani Anny Augustynowicz w Teatrze Współczesnym. Obowiązkowo przeprowadziłbym go przez Wały Chrobrego, tam usiedlibyśmy w którejś z knajp, napili kawy i popatrzyli na rzekę. Pokazałbym mu dom, w którym przyszła na świat późniejsza caryca. Poszlibyśmy też do schronów na dworcu. Zabrałbym go na wycieczkę zielonymi szlakami wodnymi. A ponieważ mógłby mieć wyobrażenie, że Szczecin leży nad morzem, wsadziłbym go do wodolotu i zawiózł do Świnoujścia. Co poza tym? Pochwaliłbym się najstarszym działającym kinem na świecie, cmentarzem i ulicą, przy której leży (śmiech). To najpiękniejsza nazwa cmentarnej ulicy.
Ale powtarzam: najważniejsze są restauracje, kawiarnie, kafejki, puby! Bez tego nie zbudujemy klimatu miasta. Na nic najwspanialsze filharmonie, budowle, pomniki, jeśli nie ma dobrych knajp. Człowiek zaczyna się od zmysłów.

- Przez żołądek do serca?

- Tak! Przez żołądek do serca... miasta. Przez żołądek do centrum - to moje hasło. Szczecin musi być taki, żeby po południu ludziom chciało się wychodzić z domu.
Powinni chodzić do knajp, by siebie nawzajem poobserwować i pomyśleć. A jeśli przy tej okazji będzie co podziwiać np. sztukę w galeriach, rzeźby na deptaku, to tym lepiej.  W Szczecinie żeby pooglądać sztukę musimy podjechać np. do zamku. A tam - kłopot z parkowaniem. Jest to cała wyprawa. Powinniśmy więc mieć też możliwość kontaktu ze sztuką podczas spaceru, mimochodem.
Ważne jest też pokazywanie Szczecina poza Szczecinem. Utrwalanie w świadomości mieszkańców innych części Polski tego, co mamy np.taki festiwal jak Kontrapunkt czy też znakomity turniej tenisowy PEKAO OPEN.
Inny przykład: wspomniane już przeze mnie miejsce, gdzie urodziła się Katarzyna II Wielka. Dlaczego - prócz tablicy - nie ma tam obok knajpy "Katarzyna i jej kochankowie?" Trzeba tworzyć własną mitologię. Swój stary i nowy testament.

 

Szczecin, 21 kwietnia 2008 r.