Sylwetki Ambasadorów


Artur Daniel Liskowacki


 "Umieć spełnić się w Szczecinie"

 

                                         Artur Daniel Liskowacki

 

- Rozmawiamy w pięknym czasie, kiedy w naszym mieście wszystko kwitnie, a najbardziej magnolie i kasztanowce. Te ostatnie kojarzą się z maturami.
Czy pamięta Pan ten swój zielony czas w życiu?

- Był bardzo zielony, momentami nawet zgniłozielony (śmiech). Pamiętam go doskonale. Myślę, że bardziej wyraźnie niż to, co się stało wczoraj.

- W dyskusjach na temat matur powraca temat stosunku młodych ludzi do tego egzaminu. Narzeka się na nich, że zupełnie inaczej podchodzą do matur, do nauki i w ogóle - do życia. Młodzież jest inna? Czasy są inne?

- Młodzież jest taka sama jak zawsze. W środku ciepła, delikatna - na zewnątrz zimna, chropawa. Jak ta mickiewiczowska lawa (śmiech). W środku szukająca miłości, kontaktu, zrozumienia - na zewnątrz zbuntowana, zdystansowana, agresywna. Tyle że ta warstwa zewnętrzna, ta gruba skóra jest jej potrzebna (dziś chyba bardziej niż kiedyś), bo świat jest brutalny, szorstki, skłania do rozpychania się łokciami, czasami podstawiania nóg, szybkiego biegu w wyścigu szczurów.
Poza tym młodzież nas obserwuje. Często widzi negatywne wzorce - patrzy, jakimi drogami dochodzi się do celu, jak robi się kariery, zdobywa pieniądze i prestiż społeczny. Stara się więc dostosowywać. To nie młodzi ludzie stworzyli te czasy, to my je stworzyliśmy. Oni dopiero w nie wchodzą.  Ale powtórzę: tzw. dzisiejsza młodzież - bez względu na wszystko, co mówi się o niej - jest taka sama jak zawsze. Poza tym zawsze na młodzież narzekano. W każdych czasach. Że jest zepsuta, zła, że gardzi ideałami. To kulturowa norma.

- A jaki był młodzieńczy Artur Daniel Liskowacki. Miał swój okres "burzy i naporu"?

 - Bunt tkwił we mnie jak w każdym innym młodym człowieku. Tyle że mniej było w tym ostentacji może, mniej wyrazistych gestów. Starałem się go wyrażać poprzez dystans, w sposób dowcipny, taki trochę „literacki". A przynajmniej mi się wydawało, że wyrażam go w ten sposób. Ale zawsze próbowałem być trochę pod prąd i na bakier z regulaminami. Tymczasem w mojej szkole, Liceum Ogólnokształcącym nr 5, bardzo rygorystycznie przestrzegano zasad. Dziś młodzież buntuje się przeciw mundurkom. Przerobiłem to na własnej skórze. Strojem obowiązującym były w „piątce" granatowe mundurki ze srebrnymi guziczkami. Pamiętam, że już w pierwszej klasie urządziliśmy marsz protestacyjny z transparentami i okrzykami: "Chcemy jeszcze więcej pięknych, srebrnych guzików". Postawiono nas oczywiście „do pionu", i spacyfikowano łagodnie, ale skutecznie. Tak czy owak - zaczęło się od buntu.

 - A teraz?

- A teraz? (śmiech) Teraz papucie, praca - życie codzienne. Myślę jednak, że dopóki człowiek potrafi ocalić w sobie siebie, dopóty jest twórczy. A jak jest twórczy, to musi być zbuntowany, musi być w sporze z rzeczywistością, musi z nią dyskutować i nie zgadzać się. W związku z tym - niezależnie od tego, jakie role odgrywamy w życiu, jakie funkcje pełnimy - to ten wewnętrzny bunt, który w nas tlił się w młodości, ocaleje. A przynajmniej jest na to szansa, żeby się w nas ten ogieniek tlił. Ja mam to szczęście (albo nieszczęście), że muszę nad nim czuwać i rozniecać go nawet wtedy, kiedy chciałbym go trochę przytłumić. Tego w końcu wymaga się od twórcy, żeby był wiecznie gorący w środku.

- Przeciwko czemu teraz się Pan buntuje?

- Najczęściej przeciwko sobie (śmiech). Swoim rolom, funkcjom społecznym, miejscu w życiu.

- A nie przeciwko niesprawiedliwości na świecie, wojnie...

- Kiedy człowiek buntuje się przeciwko sobie, to buntuje się także przeciwko temu, co wokół. I ta niezgoda przenosi się na kolejne kręgi. Podobnie jak kółka, które rozchodzą się na wodzie, gdy rzucić w nią kamień. Jeśli jesteśmy w sporze z samym sobą, to będziemy również dyskutować o mieście, o ulicy, o jej bruku, o szczecińskiej Pogoni - o wszystkim tym, co nas otacza. Natomiast jeśli się ze sobą pogodzimy, to wszystko stanie się nam obojętne. Mam nadzieję, że nie godząc się  i prowadząc ze sobą spór - czego efektem są - a chciałbym przynajmniej, żeby tak było - moje kolejne książki - pozostaję też w dyskusji ze światem.

- Akceptacja jest niebezpieczna?

- Tak. Przecież twórczość nie powinna wynikać z akceptacji, z samozachwytu, odcinania kuponów od sukcesu albo obrażania się na klęski. Odwrotnie - powinna być buntem  - przeciwko sukcesom, ale i porażkom. Choć porażki są twórcze. Tak. Dużo bardziej niż sukcesy.

- Porozmawiajmy o rolach, które Pan pełni. Czy to dobrze, że jest Pan jednocześnie dziennikarzem i pisarzem?

- Niedobrze, bo jako dziennikarz mam bardzo mało czasu (w tej chwili jeszcze mniej) na pisanie książek, wierszy, słuchowisk. A dobrze, bo dziennikarstwo nie pozwala mi zamknąć się w wieży z kości słoniowej. O ile są jeszcze takie wieże... No, może buduje się je teraz z innego materiału... Jestem w nieustannym kontakcie z życiem, z codziennością. Mówi się, że tematy leżą na ulicy. One leżą także u mnie na biurku redakcyjnym. Coś za coś - ten brak czasu jest jednak zrekompensowany większą intensywnością życia. To podobno napędza, więc mam nadzieję, że będzie mnie stymulować do działania, przynajmniej  jeszcze przez jakiś czas.

- Czy lubi Pan być utożsamiany z naszym miastem?

- Nie mogę być utożsamiany z miastem, dlatego że nim nie jestem. Powiem inaczej: czasami jestem pytany, czy lubię Szczecin. Nie lubię. To nie jest to uczucie, jakie do Szczecina żywię. To raczej bardzo silny związek emocjonalny, w którym jest na pewno wiele miłości, ale i niezgody, irytacji, złości. Sądzę, że taki stosunek do miasta jest bardziej twórczy. Być może inaczej sprawa wygląda z młodymi ludźmi. Im łatwiej jest zadeklarować: "Tak, to jest moje miasto. Ja je po prostu lubię". Wydaje mi się, że jak zacznę lubić Szczecin, to zacznę lubić siebie oraz to, co robię. I tak spapucieje, spowszednieje mi wszystko - stanie się szare, nieważne, błahe. A ja pozostaje w sporze z miastem, to bardziej inspirujące. To stworzyło zresztą moje książki o Szczecinie. Przecież są one nie tylko portretem miasta, ale i wyrazem bólu, jakiego to miasto mi dostarczyło swoją historia, teraźniejszością i przyszłością niepewną.
Nie ma więc mowy o akceptacji: ja równa się Szczecin. Oczywiście mogę być - i jestem -  postrzegany na zewnątrz  jako człowiek ze Szczecina. To naturalne. Ale nie chciałbym byńć odbierany jako „bard" Szczecina, przewodnik po Szczecinie, zakochany w nim piewca. Niewątpliwie jestem stąd, bo... stąd jestem. Ale równocześnie niosę ze sobą bagaż z napisem Szczecin. Nie zawsze jest on lekki czy wygodny.

- Ale Szczecin, a właściwie jego mieszkańcy lubią się Panem pochwalić. Mamy niewielu ludzi, którymi możemy się szczycić. A może raczej mamy ich sporo, ale nie zawsze umiemy dostrzec.

- Po pierwsze: mam nadzieję, że ma Pani rację - że lubią. Po drugie: mam nadzieję, że to lubienie nie jest powierzchowną akceptacją kolejnej etykietki: tu paprykarz, tu junak, a tu Artur Daniel Liskowacki i "Eine kleine" (śmiech). Przyjemnym jest, że ludzie powołują się na mnie, bo to oznacza, że podobnie czują Szczecin. W pewnym sensie staję się więc ich reprezentantem. I to takim reprezentantem, którego myślenie znalazło jakieś odzwierciedlenie w opiniach na zewnątrz. Możemy więc razem mówić o Szczecinie w Polsce, zainteresować nim innych. Żeby nie myślano, że jest to miasto nad morzem, gdzie prosto z hotelu wychodzi się na plażę. 

- Pana definicje dwóch słów: miasto i Szczecin.

- Dla mnie miasto zaczyna się od ulicy, a ulica zaczyna się od domu. Mam takie intymne wyobrażenie miasta. Rozwija mi się ono jak pączek kwiatu w przyrodniczym filmie, kiedy najpierw obserwujemy stuloną roślinkę, której płatki rozchylają się powoli, a potem już widzimy całą łąkę. Nie potrafię mówić o mieście jako o przestrzeni wspólnej. Ta wspólnota rodzi się z indywidualnych doświadczeń, emocji, z sumy domów i z sumy ulic. Dla mnie ważne są skrzyżowania ulic i spotkania ludzi. Mijania się również, ale przede wszystkim spotkania. I to jest właśnie miasto: miejsce rozmów, miejsce, w którym nasze emocje jakoś utrwaliły się, znalazły dla siebie scenerię.
Natomiast  Szczecin jest moim miastem rodzinnym, więc to, co mówiłem o emocjach, nasila się tu jeszcze bardziej. To jest moje dzieciństwo, moja młodość, pierwsze doświadczenia miasta w ogóle. To są także moje najważniejsze doświadczenia życiowe związane z poszukiwaniem tożsamości: prywatnej, uczuciowej, lokalnej,  obywatelskiej. One wszystkie spotykają się w jednym miejscu. Tym miejscem jest Szczecin.

- Wszyscy ambasadorzy, z którymi miałam przyjemność rozmawiać, proponują spotkanie w miejscu ważnym dla siebie. My spotykamy sie w redakcji Kuriera Szczecińskiego...

- Spotykamy się tutaj z przyczyn - nazwijmy to tak - technicznych. Ale gdyby Pani zapytała, czy jest to dla mnie ważne miejsce, odpowiedziałbym twierdząco. Tu właśnie (w budynku szczecińskiej prasy, niekoniecznie w redakcji Kuriera) spędziłem 30 lat swojego życia. Jeśli dodamy do tego czas spędzony w tym miejscu przez mojego ojca, okaże się, że jest to ponad pół wieku, i jakby drugi dom mojej rodziny - plac Hołdu Pruskiego 8 i ten budynek po dawnych, niezbyt chwalebnych instytucjach niemieckich i gazetach, które propagowały m.in. faszystowską ideologię. Ale przecież historia Szczecina nie jest prosta...
A inne ważne ze względów emocjonalnych miejsca? Taki magiczny prostokąt tworzą dla mnie ulice zamykające w sobie Jasne Błonia. Urodziłem sie niedaleko, bo w szpitalu przy Piotra Skargi, a mieszkałem przez wiele, wiele lat na ulicy Herbowej, którą nawet wpisałem w swoje rodowody pisarskie. Z Herbowej już blisko na Jasne Błonia. A z Jasnych Błoni do Parku Kasprowicza, do wspaniałych pagórków, z których zjeżdżałem na sankach. To są miejsca, w których najmocniej bije mi serce jako szczecinianinowi.

- Wracając do miejsca, w którym się znajdujemy: co oznacza ten przymiotnik w tytule gazety, którą Pan kieruje?

- Jako redaktor naczelny chcę zwracać na ten przymiotnik baczną uwagę. Pragnę, żeby oddawał charakter gazety w jej historycznej ciągłości. Patrzyła Pani na jej świadectwo - pierwszy numer Kuriera z 1945 roku. Nie bez przyczyny wisi w tym gabinecie. Wartością gazety jest jej tutejszość w najlepszym tego słowa znaczeniu: nie prowincjonalność, zamknięte opłotki, brak otwarcia na świat, ale poczucie sensu, że jest się w tym miejscu i wyzwania, jakie ono przed nami stawia.

- Kiedy byłam w szkole co roku mieliśmy ten sam temat pracy plastycznej: Szczecin w 2000 roku. Malowaliśmy wysokie wieżowce, powietrzne taksówki, niezwykłe tunele. Nasze wizje nie sprawdziły się. Gdyby mógł Pan namalować obraz: Szczecin w roku 2050...

- Starałbym się, żeby na tym obrazie były wszystkie te miejsca, które znam i żeby one były niezmienione. To znaczy żeby były wyczyszczone, odnowione, zadbane, ale jednocześnie swojskie, bliskie mojej pamięci. Przecież jeśli wracamy do starych miast, takich jak Kraków, Poznań czy Gdańsk (chociaż każde z nich jest inaczej stare), to ich uroda wynika z tego, że w swojej najważniejszej tkance, najistotniejszym fragmencie swojego jestestwa są takie, jakie były. I dlatego bardzo chciałbym, żeby w Szczecinie przyszłości ocalało to, co w tym mieście najwartościowsze: jego nietypowa zabudowa, place, przestrzenność, otwartość, oddech Wałów Chrobrego, niezwykłość parków. A obok sensownie powinny rozwijać się wspaniałe inwestycje: cudowne domy (szklane oczywiście) i wiszące ogrody. Ale tak, by nie naruszyć struktury dawnego Szczecina, która jest urokliwa i jedyna w swoim rodzaju.

- Ma ona w sobie ślady pamięci po tym, co tutaj działo się wcześniej i po tych, którzy o Szczecinie w różnych językach mówili: moje miasto.

- Tak. Dlatego jeśli przyjeżdżają tutaj goście z innych stron, to przede wszystkim dostrzegają, że Szczecin jest inny niż typowe polskie miasta. Inny nawet niż Wrocław i Gdańsk, bo tam zachowało się coś ze struktury takich miast: rynki, ratusze itd. A Szczecin pozostaje takim niedokończonym miastem, złożonym z wielu miast, wielu opowieści, wielu historii, z różnych przestrzeni. I ta układanka, te szczecińskie klocki to jest coś oryginalnego, nietypowego i powinno ocaleć.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Szczecin, 6 maja 2008 r.