Sylwetki Ambasadorów


Dariusz Mikuła


 

Teatr Kana

Panie nawigatorze! Dokąd zmierzamy? W którą stronę pójdzie ta rozmowa?

- (śmiech) W którą stronę? Naturalnie w stronę teatru. Zawsze się zastanawiałem, na czym polega ta siła, która tak wciągnęła mnie i wielu innych ludzi; która nas wszystkich zatrzymała w Kanie, w Szczecinie.
W przyszłym roku będziemy obchodzić 30. rocznicę powstania teatru. Niezły kawałek historii. Mówiąc o niej, mam na myśli przede wszystkim ludzi. Powstawały różne projekty i spektakle, ale to nie one tworzą teatr. Teatr tworzyli i tworzą konkretni ludzie. Każdemu z nich przydarzyło się kiedyś spotkanie z Zygmuntem Duczyńskim - założycielem Kany i było ono dla niego na tyle ważne, że podejmowali bardzo nieraz radykalne życiowe decyzje i wchodzili na pokład tego naszego statku, żeby wspólnie płynąć w nieznane. Pytanie więc brzmi: dlaczego ten teatr, a więc również to miejsce i to miasto, było i jest dla nich takie ważne.

- Czyli "cała naprzód" w kierunku Kany. Jednak zanim to uczynimy, zatrzymajmy się jeszcze przy tej nawigacji. To dzięki niej znalazł się Pan w Szczecinie...

- Rzeczywiście. Do Szczecina przyjechałem studiować nawigację w Wyższej Szkoły Morskiej. Naukę ukończyłem, przez jakiś czas pracowałem nawet na uczelni jako asystent. Jednak już w czasie studiów związałem się z Kaną. I okazało się, że owszem, nawigacja jest moim przeznaczeniem, ale niekoniecznie ta dalekomorska. Zająłem się nawigowaniem teatrem. Stało się to dla mnie bardzo ważne. Wziąłem na siebie głównie sprawy organizacyjne - dbanie o finanse, o wizerunek, szukanie wciąż nowych i bardzo niekonwencjonalnych nieraz rozwiązań, które pozwoliłyby nam, jako grupie miejskich „nomadów”, próbujących realizować swoje marzenia, jakoś przetrwać. Oczywiście, głównym motorem tych wszystkich działań była praca na scenie. Ale to jest jedna z idei teatru alternatywnego, że aktor nigdy nie jest wyłącznie aktorem. Jesteśmy jednocześnie brygadzistami sceny, kierowcami, księgowymi, piarowcami, marketingowcami itp. Nikt nas tego nie uczył. Uczyliśmy się sami, na własnych błędach, reagując na sytuację, starając się znaleźć jak najlepsze rozwiązania. Zawsze jednak wkładaliśmy w to ogromną ilość pracy, serca, zaangażowania. Wszystko, co robiliśmy było dla nas jednakowo ważne, bo czuliśmy, że robimy to po coś. Czuliśmy się - wspólnie - odpowiedzialni. I w ten sposób staliśmy się specjalistami w swojej dziedzinie. W dzisiejszym języku to się chyba nazywa kreatywność.

- Taki teatr - gdzie jest się nie tylko aktorem, ale i księgowym, kierowcą itp.- jest bardzo bliski życiu. Czujecie na własnej skórze te same problemy, z którymi stykają się przychodzący do teatru widzowie.

- Tak. W dodatku wszystkie problemy musieliśmy pokonywać samodzielnie. Nie mieliśmy żadnego zabezpieczenia - ani finansowego, ani lokalowego. Jedyne, co było pewne, to grupa ludzi, którzy - z potrzeby bycia razem, z potrzeba tworzenia - zbierali się i robili wszystko, żeby doprowadzić do realizacji konkretnego przedsięwzięcia np. spektaklu. Wyznaczaliśmy sobie bardzo różne ścieżki, rozdawaliśmy sobie bardzo różne zadania, żeby ten cel osiągnąć. Ale też dla nas wszystkich ważniejszym od osiągnięcia celu była droga do niego. W teatrach repertuarowych celem jest spektakl. Praca nad nim w pewnym momencie się kończy - po premierze reżyser wyjeżdża, scenograf opuszcza zespół. U nas jest inaczej: premiera jest początkiem, początkiem kolejnego etapu życia zespołu. To właśnie jest charakterystyczne dla naszej pracy, że staramy się być ciągle w drodze, ciągłe poszukiwać.

- Czy to tak jak w piosence Skaldów "Nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go..."

- (śmiech) Nie postawiłbym znaku równości między słowami tej skądinąd sympatycznej piosenki a tym, co robimy w Kanie, ale coś w tym jest. Chodzi o to, żeby znaleźć swoją drogę. Nawet jeśli cel jest bardzo, bardzo daleko, to nie jest ważne. Ważna jest droga, umiejętność nawigowania po różnych ścieżkach. Istotne jest to, abyśmy ciągle się rozwijali, szukali prawdy o sobie. Potem ta prawda przenosi się na scenę. I wtedy mówi się od siebie. Wtedy się nie kłamie.

 

- Czy jest Pan szczeciński?

- Myślę, że już od dawna jestem szczeciński, tak jak zawsze szczecińska była i jest Kana. A Kana jest szczecińska dzięki pracy Zygmunta Duczyńskiego i jego przeświadczeniu o roli, jaką teatr może mieć dla ludzi i miejsca, w którym i dla którego tworzy. To on powinien dziś z Panią rozmawiać, ale niestety, nie ma go już z nami. Ale jest jego Kana, jego dzieło i jego słowa, które chciałbym teraz zacytować: „Ważne jest dla mnie, że od lat ponad czterdziestu żyję w tym mieście, w Szczecinie, i że to miasto jest dla mnie podstawowym odniesieniem - w robieniu własnego teatru i w robieniu tego, co własny teatr przekracza. Człowiek zawsze żyje w jakimś określonym miejscu, tym miejscem oddycha, w tym miejscu wyczerpuje się jego życie i zawsze czuje się on wobec tego miejsca jakoś zobowiązany”. (wypowiedź z wydawnictwa „Teatr - przestrzeń dialogu”, Kontrapunkt ’02, pod red. Joanny Ostrowskiej i Juliusza Tyszki, Szczecin 2002).

 

- A czy pamięta Pan moment, kiedy po raz pierwszy pomyślał Pan: jestem stąd?

- To był proces. Nie pamiętam takiego konkretnego momentu. Chociaż niewątpliwie moją szczecińskość przypieczętowała decyzja o przyznaniu teatrowi Kana siedziby. To bardzo mocno osadziło nas w tym mieście. Mówię: nas, bo przecież nie tylko mnie, ale i resztę zespołu. Do tego czasu byliśmy - jak już wcześniej powiedziałem - "nomadami", artystami wędrującymi z miejsca na miejsce, od sali do sali. A gdy to własne miejsce znaleźliśmy, zaczęliśmy je pielęgnować i bardzo mocno się z nim identyfikować.
Tak, z całą pewnością otrzymanie siedziby było momentem, kiedy zacząłem być pewien, że to jest moje miejsce na ziemi. Wiązały się z nim też inne ważne życiowe wydarzenia: gdzieś na ścieżkach artystycznych pojawiła się kobieta mojego życia, która stała się żoną, potem - także dzięki teatrowi - pojawiło się kolejne ważne miejsce w postaci małego mieszkanka. Na bazie tego wszystkiego zbudowałem rodzinę i wtedy byłem już pewien, że jestem u siebie - tu w Szczecinie. Tyle prywatnie, ale o wiele istotniejsze wydaje mi się to, co podjęliśmy wiele lat wcześniej, na długo jeszcze przed uzyskaniem siedziby, a co dało podstawy dla naszej obecnej działalności jako Ośrodka. Tu znów muszę oddać głos Zygmuntowi: „Towarzyszyło nam przeświadczenie, że prawdziwa kultura nie jest jednolita, że wielobarwność, dynamika języków teatralnych zaświadcza również o wizerunku kultury. I udało się nam doprowadzić do tego, że zespoły (teatry które dzięki Kanie zaprezentowały się w Szczecinie - Teatr Ósmego Dnia, Provisorium, Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika, Teatr Criocot 2 Tadeusza Kantora, Akademia Ruchu), i ich spektakle w sposób istotny zaistniały w naszym mieście. Była to (nie boję się wielkich słów) gra o duchowy wizerunek Szczecina, który postrzegany był jako prowincja. Wielu młodych ludzi uważało, że po to, by zobaczyć coś istotnego, trzeba z tego miasta wyjechać - do Warszawy, Krakowa, Poznania. To bolało. A kiedy przedstawienia tych teatrów i ich poszukiwań zostały już pokazane, należało zrobić coś więcej. Pojawiła się kwestia teatru ulicznego, który w latach 80 w Szczecinie był kompletnie nieznany. Trzeba było więc przywołać tutaj kolejny wielki obszar kultury - najstarszy teatr świata, grający w warunkach, które są dalekie od komfortowych - w plenerze, w przestrzeni miejskiej, na ulicy. To też było „zadanie do odrobienia”. I kolejna rzeczywistość, jaką należało tu przywołać. Była to potężna praca, tym bardziej, że - jak mówię - byliśmy bezdomni i przez wiele lat nie mieliśmy własnego miejsca. Mimo to udało się nam, na skromna miarę, zaznaczyć obecność w Szczecinie również tego obszaru kultury. Robota trwała wiele lat. Często wydawała się nam ważniejsza niż robienie własnych przedstawień”.   

- Czyli miejsce, gdzie się mieszka, gdzie się pracuje, jest ważne?

- Miejsce jest bardzo ważne. Także jego przeszłość. Dopiero od niedawna kiełkuje w nas ta świadomość, że trzeba zagłębić się w historię Szczecina i tam poszukać korzeni, z których można czerpać inspiracje. Od kilku lat prowadzimy projekt „W poszukiwaniu tożsamości miejsca”, w ramach którego zrealizowaliśmy między innymi duże działanie artystyczne w przestrzeniach starej Łasztowni. Te budynki, ich architektura, ich historia oraz historia ludzi, którzy tam byli przed nami, były bardzo interesującym punktem odniesienia dla naszych osobistych wypraw w przeszłość. Zadaliśmy sobie wtedy wiele ważnych pytań. Szczecin jest bardzo specyficznym miastem. Przez wiele lat wszyscy byli właściwie „nie stąd”, coś takiego „przejściowego” funkcjonowało w podświadomości całego chyba pokolenia. Dopiero teraz obserwuje się bardzo duże zainteresowanie historią miasta, ale jednocześnie - co chyba bardzo istotne - potrzebę utożsamienia. Jakiś taki, pozytywny bardzo, lokalny patriotyzm. No i jeszcze dochodzi do tego cała sytuacja związana z pograniczem. To kolejny ogromny temat, ale tutaj również, szczególnie w ostatnich latach, z obu stron pojawiła się rzeczywista potrzeba dialogu. Chyba się już trochę poznaliśmy nawzajem.

 

- Ukochane miejsce w Szczecinie - to, w którym jesteśmy?

- Niewątpliwie tak. Spędzam tu tyle czasu, że trudno, żeby nie było ukochane. Jest to miejsce pracy, ale również wielu ważnych życiowych momentów. To tu odbyło się moje wesele, a także wiele spotkań i rozmów z przyjaciółmi, tu wypiliśmy morze wódki rozmawiając o teatrze, o sztuce. Więc na pewno to miejsce jest ukochane. Tym bardziej, że znajduje się w ważnej i ciekawej części Szczecina - nieopodal najstarszego kościoła, z widokiem na piękną iglicę katedry i zamek, z którym jesteśmy bardzo mocno związani poprzez realizację wielu projektów artystycznych. Zamek to nie tylko przestrzeń, ale też ludzie, którzy bardzo mocno angażowali się w nasze projekty, pomagali w ich realizacji. Jest też ten kawałek trawnika przy Kanie, gdzie latem przysiadamy sobie na chwilę i wypoczywamy. Chociaż szum Trasy Zamkowej wkracza w to mocno, a sama trasa jest...

- Ta trasa jest fosą ...

- Tak, to jest fosa. Staramy się jednak przekraczać ją od czasu do czasu. Przekracza ją np. publiczność, która w czasie Festiwalu Artystów Ulicy wędruje z jednego miejsca do drugiego (przekraczając przy tym przepisy drogowe). I, chociaż nie powinienem chyba głośno tego mówić, cieszy nas trochę ta festiwalowa anarchia, bo ona przywraca temu miastu naturalne kierunki - jest trochę takim pomostem, dzięki któremu mieszkańcy odnajdują zagubione centrum, miejsce spotkań. Festiwal jest dla nas przede wszystkim sztuką budowania spotkania, świętem, które „staje się” pomiędzy ludźmi.
Poza tym szczególnie mi bliskie w Szczecinie są wszystkie przestrzenie zielone: Puszcza Bukowa, Puszcza Wkrzańska, czy choćby Lasek Arkoński. Wystarczy zejść trochę z głównych szlaków i można być rzeczywiście samemu z przyrodą, odetchnąć, wyciszyć się, uspokoić. A to wszystko prawie w środku miasta.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Szczecin, 2.04.2008 r.